Sporo mi to zajęło, żeby wprowadzić jakiekolwiek zmiany. Minął kolejny rok, zjedzony został kolejny karp, mija i zima a za rogiem czeka już wiosna. Minął też ciemniejszy okres mojego życia. Zakończyłam wreszcie coś, co było toksyczne. To coś, co zatruwało mój organizm.
Została mi tylko nadzieja, że teraz się ułoży. Że jakimś cudem uda mi się ogarnąć to całe bagno jakie sobie zgotowałam przez swoją głupotę. Problem polega na tym, że uciekam od problemów. A one nie oddalają się, wręcz przeciwnie – rosną z niewyobrażalną siłą.
Jednak pozwolę sobie uciec od nich również dziś.
Przez pewien czas, mianowicie ok dwóch tygodni było nieziemsko cudownie!
Zaczęłam żyć, wychodzić do ludzi i z ludźmi. I ludzie również zaczęli przychodzić do mnie. Sami z siebie… Co od dawna nie miało miejsca. Zyskałam paru nowych, wartych czasu i uwagi znajomych. Odkryłam kilka tajemnic ukrytych gdzieś pod warstwą gorszych dni. Zmyłam z siebie cały ten ciężar rozterek. Ruszyłam się z miejsca! Już nie tkwię!
Dowiedziałam się o sobie wielu ciekawych rzeczy… I wiecie co? Wróciłam! Moje prośby i błagania zostały wysłuchane!
Nie przejmuję się już samotnością. Wręcz przeciwnie – KORZYSTAM! Czasem przyjdzie mi powspominać, gdzieś tam poczuję jakiś tam żal i mija… jak ręką odjął! Przeprowadziłam się, i powoli, powoli zaczynam noowe życie. Nowe a jakby stare, bo ja to nareszcie ta ja z tamtych lepszych czasów! Może trochę bardziej arogancka, bezmyślna, okrutna ale szczęśliwa!
Chwilami się waham, zastanawiam ale.. w gruncie rzeczy zdaję sobie sprawę z tego, że to jest złe. Że nigdzie mnie to nie zaprowadzi. I umiem odmawiać ludziom, nawet częściej niż kiedyś.
Ale serce nadal mam miękkie… tyle że bardziej elastyczne.

:)

20.12.2012

Jutro podobno ma być koniec świata. Tymczasem wielkimi krokami już od kilku tygodniu zbliża się koniec mojego prywatnego świata wewnętrznego i zewnętrznego mniej lub bardziej. Wszystko się zgadza, Siedzę przed telewizorem, Titanic – część druga, ta bardziej drastyczna, bardziej adekwatna do mojego końca i w ogóle, do końca końców.
Chciałabym nie pisać więcej tak pesymistycznych paplanin, głupawych zrzędzeń na temat mojego cholernie nieszczęsnego losu. Ale nie mogę. Nie pisałam baardzo długo, bo nie było czasu. Dziś, kiedy brak przyjaciół tak bardzo mi teraz potrzebnych, ich brak mentalny i fizyczny przede wszystkim tak bardzo doskwiera, to tu pozostaje mi wylać te ostatnie żale. Śmiać mi się chce, kiedy pomyślę o tych wszystkich planach, o tych ochach i achach, ą i ę., chciałoby się napisać ąfifą :P
Ja przecież dużo nie wymagam. Chcę tylko wsparcia, oparcia, poparcia w trudnych chwilach. Chcę ciepła, czułości, miłości… czyli tego co każda z nas. Tymczasem utwierdzam się w swoich feministycznych poglądach. Facet to… świnia, bezduszny tchórz, samolubny gnojek. O, przepraszam.. MÓJ facet to – wszystko wyżej wymienione. I pytanie: po co się tak męczyć? Nic nie umiem poradzić na to, że Go kocham, że nie wyobrażam sobie co mogłoby się dziać, gdyby Jego nie było. Ile bym tak wytrzymała, jak by się potoczyło moje życie? Kto by się pojawił, kto zniknął by na stałe. Ile bym zyskała a ile straciła prócz jako takiego poczucia bezpieczeństwa? O poczuciu stabilności nie mam co marzyć od pół roku jak nie dłużej.
Zdaję sobie sprawę, że po części pokutuję za wszystkie swoje winy z przeszłości a było tego sporo. Czuję, że zasłużyłam ale nie na wszystko. Ja nie wyobrażam sobie sylwestra osobno – On jak najbardziej. Ja jestem w stanie siedzieć 10h w pracy żeby odrobić, jechać do domu wtedy, kiedy On chce – On nie jest w stanie zaczekać na mnie tych 10 godzin.
Hej! Dziewczyno, to już chyba dawno umarło a wskrzeszenie to gówno prawda. No cóż… Ile jeszcze przyjdzie mi się łudzić, że będzie dobrze, tak jak kiedyś. Że będę Jego pewna.
Ja może i bym miała siłę z tego zrezygnować… tylko zwyczajnie się boję. Nikomu nigdy o tym nie mówiłam ale… boję się, że nikt inny nie zaakceptuje moich wad. Wad zarówno fizycznych jak i tych związanych z charakterem. Może to właśnie kompleksy są największym hamulcem przed ruszeniem się z miejsca… a raczej z tego bagna. Chodzi mi po głowie nawet poradnia psychologiczna, NAPRAWDĘ bardzo chcę się uwolnić. Być taka, jak kiedyś, mieć wszystkich przedstawicieli płci przeciwnej głęboko w.. nosie i żyć pełnią życia. Chciałabym zasnąć i obudzić się taka, jaką byłam przed tym wszystkim. Niech mi ktoś ześle takie zbawienie. Niczego więcej nie oczekuję, nie potrzebuję…
Gdyby jednak koniec świata tego naszego, wspólnego, mojego i Waszego miał faktycznie się ziścić to dzięki serdeczne Mechanikowi, że tu czasem zaglądał… Jeśli jutro nie przyjdzie Tsunami ani potężne tornada nie zerwą dachu CCIG na Bema to życzcie mi powodzenia w podejmowaniu decyzji… słusznych decyzji, i TYLKO takich.
Wesołych Świąt!

Snapshot_20121018_1

zigu zigu ziiiiiiiiiiig!

Jeeejuuuuś ale mi się nudzi… siedzę sobie na tyłku i się obijam. Nikogo tu nie znam więc, nie mam nawet gdzie się russzyć! Powtórka Pierwszej miłości doprowadza mnie już do szału! W dodatku nie mam co jeść :P Zapasy się skończyły i pieniądze też… GŁODÓWKA! Studencka głodówka jak ta lala :P Ale litości błagam! Chodź ktoś do zoo albo na kawę co? Bo wykituję. A to i efekty wrocławskiej nudy !

Kłamstwo w „słusznej” sprawie.

Moją ulubioną lekturą jest „Kamizelka” B.Prusa oraz „Moralność Pani Dulskiej” nie paamiętam czyja. Dziś przekłada mi się na życie to najbardziej osobiste relatywizm moralny jak i obopólne oszustwa dla dobrego wizerunku. Ja, głoszę wszem i wobec, że nie można dawać robić z siebie niewolnicy po czym ściemniam memu „najbliższemu”, że nic się nie stało i rozpoczynam misję posłusznej służącej a’la Kopciuszek (tyle, że nie posiadam wróżki chrzestnej). Ciuciam, kiziam, miziam, tulę, podaje, odbieram, przynoszę, wynoszę, uśmiecham się, chwalę, dziękuję i o nic nie proszę, bo nie wypada. A w nocy, kiedy owy gentleman już smacznie śpi, wciskam moją buzującą już głowę pod poduszkę i oczyszczam ją stając się na pół nocy – fontanną. Wcale nie jestem ładną fontanną. Otworki zwane oczami zamykają się i rano sklejone nie chcą się otworzyć. Kiedy już z nimi wygram i przypadkiem trafię na lustro (które staram się omijać!), widzę w nim opuchniętą mordę żula spod wioskowego sklepu. A przecież nie piłam i nie pijam. Kiedy już oswoję się z tym widokiem, traktuję twarz toną żeli, kremów, maseczek a w ostateczności maską zwaną podkładem. Czuję się jakby mi ktoś przykleił to mordy biszkopt z otworami na oczy i usta. Jednym słowem BLE. I ja się kuźwa pytam! Za jakie grzechy te katusze? Już dawno pogodziłam się z faktem, że na niebo nie mam co liczyć ale zawsze myślałam, że piekło następuje dopiero po odłączeniu duszy od ciała. Chociaż, chwilami takie mam wrażenie, że to już. Jakby mnie ktoś zamknął w pudełku, tyle, że to ja jestem pudełkiem całkiem mało wygodnym dla tego, co siedzi w środku. I nie stać mnie na urządzenie przytulnego siedliska swoim obawom i szczęściom. A najbardziej denerwuje mnie mój ostatni pesymizm. No jak tak można… ? Tak myślę, żeby jakoś się tego pozbyć. Jedyna rzecz, która jest w stanie mnie w tek chwili zadowolić i odmienić to możliwość urwania tej zdzirze łba i nasrania jej do gardła! Ot co.

to tylko ja i moje paranoje.

Dlaczego tak nagle wszystko wali mi się na łeb? Nie potrafię sobie z tym poradzić, niczego odbudować, niczemu zapobiec. Chyba jeszcze nigdy nie byłam aż tak bezradna. Potrzebuję przyjaciela, którego tak ciężko znaleźć… który chyba nigdy nie istniał w moim świecie. Chce lekarstwa na zniszczone zaufanie i rozszarpaną miłość. Chce wygadać się bez względu na to, kim będzie odbiorca. Byleby zrozumiał, albo się starał. Czy jak już znajdę się we Wrocławiu coś się zmieni? Czy ja będę potrafiła zmienić cokolwiek? Czy istnieje ktoś, kto ma w sobie trochę empatii i zrozumienia? Komu mogłabym powierzyć całą siebie, odsłonić nawet to, co najbardziej skażone i to bez skutków ubocznych? Marzenia ściętej głowy.

paranoja!

Jestem w kropce. Nie ma to jak życzliwy facebook i przecudowne informacje, które można z niego wydobyć o każdym! Przypadkiem więc natknęłam się na zdjęcia które w 100% niszczą moje życie. Cukrowanie odnośnie mojego związku, który do tej chwili wydawał się idealny staje się śmieszne. Śmieszna staję się również ja! Chociaż śmieszna nie odzwierciedla tego jak podle się czuję! Jestem naiwna, łatwowierna, głupia. Za wszystko zawsze obwiniam siebie i tylko siebie. Staje na głowie, mieszam się z gównem i pozwalam na to innym byleby tylko był święty spokój. Święta nie jestem ale kurwa, za przeproszeniem nie jestem też hipokrytką! A pieprzenie o czyjejś winie 24h i odwalanie takich numerów jednocześnie to chyba szczyt HIPOKRYZJI. Boże… przecież starałam się jak mogłam. Przecież wszystko miało wyglądać inaczej. Przecież nie dociekałam nawet wtedy, kiedy nie było jasne, gdzie spędził noc. Byleby był spokój. A teraz? A teraz jestem w mega kropce. Umowa o wynajem podpisana. Nie ma odwrotu! Nie wiem jak mu powiedzieć, że najchętniej wydrapałabym mu oczy i zabiła. Że nie chce już tego wszystkiego, tej kłamliwej miłości która robi sama pod siebie jak się okazało. Znam przebieg wydarzeń. Wszystkiego się wyprze. I co ja wtedy zrobię? Wpadnę w histerię zacznę płakać i zadawać jedno zasadnicze pytanie: DLACZEGO? Dlaczego mi to zrobiłeś. A na to on, jakże błyskotliwy wymieni mi wszystkie sytuacje w których musiał mi coś wybaczyć i jaki to on nie jest dobroduszny. Jednym słowem i tak wyjdzie, że to moja wina. Nie wiem co robić. Nie mam pojęcia pierwszy raz w życiu jak zareagować. Nie mam sił krzyczeć. Nie mam sił płakać. Nie mam juz kasy na kolejną paczkę fajek….

intrygi, groźby i inne pierdoły.

Wzięło mnie na wspomnienia. Odpaliłam swoje zakurzone już konto na fbl. i odkryłam jak wiele zmieniło się w ciągu 2 lat. Niektóre zmiany są smutne, inne wręcz przeciwnie ale są też takie, które uratowały mój mózg od eksplozji. Ile to się człowieków przewaliło przez moje serce i umysł… Ilu z nich było dla mnie ważnych, ilu mniej ważnych, ilu nieważnych a ilu w ogóle mogłoby nie istnieć… Jeśli sięgnę pamięcią te dwa lata wstecz to wyjdzie na jaw, że było nas więcej… Byłam ja i one. A one to już nie tylko Ż i G ale również M, A, P, K i E … Istny gang! I nagle, okazało się, że zostałyśmy we 3. A raczej, że podzieliłyśmy się najpierw na dwie, później na trzy a w rezultacie znowu na dwie grupy. Z tym, że ta moja jest mniejsza. Ale tylko pozornie bo tkwi w nas siła nie do przebicia a mianowicie lojalność wobec siebie i wobec wroga. Nawet teraz, kiedy nasze istnienie wisi na włosku, jakoś takoś staramy się ten włosek pielęgnować. Macie tak czasem? Chodzi mi o to, że sięgacie myślami gdzieś wgłąb przeszłości i zastanawiacie się: cholera, ilu to ja miałam/miałem „przyjaciół! No a teraz połowa z nich, nie poznaje mnie na ulicy. Jak to jest możliwe… Przecież nie da się przestać kogoś znać. Przynajmniej tak myślałam do czasu. Okazuje się jednak, że czasem to jest najlepsze wyjście, żeby siebie i innych nie wykończyć psychicznie. Dwa lata wstecz ale i nawet teraz spotykam się z sytuacjami przedziwnymi!! I przerażającymi na swój sposób. To straszne ile razy ktoś chciał mnie zwyczajnie pobić za coś, czego nie było xD Przyzwyczaiłam się już, że nie mało jestem konfliktowa ale to ze względu na moją szczerość. Jakoś nie potrafię udawać, że kogoś lubię a nawet, nie potrafię go dla świętego spokoju tolerować. I za każdy razem kiedy proponowano mi tzw. solo (sama nie wierze w to co pisze), wiedziałam co powiedzieć, żeby tego uniknąć. Bo prawda jest okrutna: nie potrafię się bić, nie jestem odporna na ból fizyczny a silniejsza migrena sprawia, że mam ochotę sporządzić testament. Poza tym SZANUJĘ SIEBIE i nie widzi mi się bieganie z siniakami GDZIEKOLWIEK nawet, jeśli walkę bym wygrała. Nie rozumiem, czemu dochodzi do takich sytuacji… i czemu między dziewczynami?! Kobieta powinna być kobieca! Powinna tryskać subtelnością, niewinnością, delikatnością i bezbronnością bo taka jej natura! Co nie oznacza, że ma się dawać mieszać z gównem zawsze, kiedy nadarzy jej się okazja i grać męczennice. No, przecież wiecie dokładnie o co mi chodzi. I rację miał ten, kto powiedział, że kobiety ciężko zrozumieć. Niestety niektóre są do tego stopnia niereformowalne, że ciężko je ogarnąć nawet przez inne przedstawicielki naszej płci.
Ale były też dobre chwile :) Liczne imprezy, płakanie sobie w ramię, wspólny t-shirt time, śmiechy, smarki, garnki i faceci.
No a teraz mam swojego osobistego mężczyznę nie do zastąpienia, pozostałe z gangu dwie wariatki za którymi przyjdzie mi tęsknić kiedy już przeniosę się do Wrocławia i dwie inne – dosłownie, które przywróciły wiarę w kobiecą solidarność i intuicję.

Z dnia na dzień coraz bardziej, lepiej, prościej…

Wszystko zmierza w dobrym kierunku ! Mieszkanie już PRAWIE nasze, uczelnia już PRAWIE moja, a wakacji już prawie koniec.
Już nie mogę doczekać się, kiedy wszyystkie swoje walizy, torby, torebki, wszystkie te trampki w ilości niezliczonej i inne mniej ważne rzeczy przewiozę do naszego nowego gniazdka, dziupli, lokum!!! Kiedy ugotuję mojemu przecudownemu, jedynemu w swoim rodzaju K. wątróbkę (bleeee) w sosie i kiedy On zje ją w tempie tak szybkim, jakby nie jadł ostatnie 3tygodnie nic.
Swoją drogą nie przeraża mnie to ani trochę. Wręcz przeciwnie, kiedy pomyślę sobie o wszystkich wspólnych wieczorach, które nas czekają, o naszych przyszłych, większych i mniejszych kłótniach, które są nieuniknione ach! Tylko tak to mogę określić, jako wielkie ACHY I OCHY! To cudowne mieć kogoś takiego blisko siebie. Chwilami doprowadza mnie do szału, mam ochotę przełożyć Go przez kolano i zlać jak niesfornego dzieciaka! Ale za małą chwilę znowu tylko „lukier, miód, liryczne cudo”. Jestem zła na siebie bo nie potrafię opisać słowami tego jak bardzo. Mimo swojej feministycznej natury, mimo tylu przykrych doświadczeń nadal coraz bardziej! I zadaję sobie pytanie jak to do cholery jest możliwe? Żeby aż tak? Że tak się da? Czasem to mnie przerasta ale to chwilowe zakręty na których on zawsze dba o nasze bezpieczeństwo. I żeby nasz pociąg się nie wykoleił i zawsze dojechał tam, gdzie powinien… Zawsze, kiedy wychodzi do pracy i całuje mnie na pożegnanie, życzę mu miłego dnia i zasypiam ponownie. A kiedy przychodzi pora, że i ja otwieram oczy, bo muszę, ogarnia mnie niewyobrażalnie beznadziejne uczucie bo nie widzę go obok! Zanim dotrze do mnie, co jest grane zdążę już chwycić za telefon i wcisnąć na klawiaturze pierwsze cyfry jego numeru. Paranoja? Być może… ale to przepiękna paranoja. Nigdy nie  miałam piękniejszej, nigdy nie marzyłam o takiej i nigdy nie pozwolę, żeby ktoś mnie z niej wyleczył. Co dzień czekam na niego jeszcze bardziej stęskniona i co dzień, kiedy wraca jestem bardziej szczęśliwa i… tak już od 4 lat… :)

zmiana planów!

W tym roku wystartuję jednak w drugim naborze na Europeistyke i tym razem na dzienne! 3maaajcie kciuki błagam, żeby mi się udało!