Sporo mi to zajęło, żeby wprowadzić jakiekolwiek zmiany. Minął kolejny rok, zjedzony został kolejny karp, mija i zima a za rogiem czeka już wiosna. Minął też ciemniejszy okres mojego życia. Zakończyłam wreszcie coś, co było toksyczne. To coś, co zatruwało mój organizm.
Została mi tylko nadzieja, że teraz się ułoży. Że jakimś cudem uda mi się ogarnąć to całe bagno jakie sobie zgotowałam przez swoją głupotę. Problem polega na tym, że uciekam od problemów. A one nie oddalają się, wręcz przeciwnie – rosną z niewyobrażalną siłą.
Jednak pozwolę sobie uciec od nich również dziś.
Przez pewien czas, mianowicie ok dwóch tygodni było nieziemsko cudownie!
Zaczęłam żyć, wychodzić do ludzi i z ludźmi. I ludzie również zaczęli przychodzić do mnie. Sami z siebie… Co od dawna nie miało miejsca. Zyskałam paru nowych, wartych czasu i uwagi znajomych. Odkryłam kilka tajemnic ukrytych gdzieś pod warstwą gorszych dni. Zmyłam z siebie cały ten ciężar rozterek. Ruszyłam się z miejsca! Już nie tkwię!
Dowiedziałam się o sobie wielu ciekawych rzeczy… I wiecie co? Wróciłam! Moje prośby i błagania zostały wysłuchane!
Nie przejmuję się już samotnością. Wręcz przeciwnie – KORZYSTAM! Czasem przyjdzie mi powspominać, gdzieś tam poczuję jakiś tam żal i mija… jak ręką odjął! Przeprowadziłam się, i powoli, powoli zaczynam noowe życie. Nowe a jakby stare, bo ja to nareszcie ta ja z tamtych lepszych czasów! Może trochę bardziej arogancka, bezmyślna, okrutna ale szczęśliwa!
Chwilami się waham, zastanawiam ale.. w gruncie rzeczy zdaję sobie sprawę z tego, że to jest złe. Że nigdzie mnie to nie zaprowadzi. I umiem odmawiać ludziom, nawet częściej niż kiedyś.
Ale serce nadal mam miękkie… tyle że bardziej elastyczne.

:)